sobota, 19 marca 2016

Lancome, La Vie Est Belle EDP

Długi post o La Vie Est Belle tworzył się w mojej głowie od dawna. Stwierdziłam, że niesprawiedliwe by było napisanie o podstawowej wersji bez uwzględnienia flankerów, które naprawdę trzymają poziom. Po dłuższym zastanowieniu doszłam jednak do wniosku, że EDP zasługuje na osobnego posta, a flankery na zbiorowe podsumowanie i opis. Znam osoby, które naprawdę mają problemy z ogarnięciem tej rozbudowanej gamy zapachowej, więc mam nadzieję, że się do czegoś przydam. 

Premiera z 2012 roku, która rozkochała w sobie miliony kobiet stała się niewątpliwie największym sukcesem komercyjnym francuskiej marki Lancome. Idea La Vie Est Belle jest całkiem prosta: słodki, ale ambitny zapach, ulubienica mas, czyli Julia Roberts w roli twarzy perfum oraz elegancki flakon, który ma symbolizować uśmiech. Oczywiście grzechem byłoby zapomnieć o kosmicznych pieniądzach wpompowanych w promocję - w 2012 LVEB było wszędzie: w telewizji, w każdym kobiecym miesięczniku, na wystawach i na ustach wszystkich. Niewiele się zresztą w tej kwestii zmieniło i z całą pewnością można założyć, że pieniądze zainwestowane w marketing zwróciły się porządnie, bo perfumy te sprzedają się jak świeże bułeczki.



I sam zapach też się broni. Moc ma pieruńską - słodkie i wibrujące otwarcie z musującą porzeczką, soczystą gruszką i topiącymi się w ciepłym słońcu pralinami zapewnia pełen komplet emocji już na początek podróży. Ścieżka owocowo-pralinkowych sensacji wiedzie wprost do serca, które jest piękne i niepowtarzalne, bowiem właśnie tam rozkwita szlachetny, pudrowy irys, którego urody każdy kwiat może pozazdrościć. Irys to zresztą bardzo ciekawy i trudny w perfumach temat i trzeba przyznać, że trójka nosów spisała się we wpisaniu go w kompozycję na medal. 

Całość La Vie Est Belle jest cholernie słodka i syropiasta (to pewnie ta porzeczka), ale nie przykra. Zapach ciągle gra na skórze i odsłania nowe warstwy. Usadzenie tej kompozycji na bazie paczulowej jest zabiegem dość przewidywalnym i skojarzenie z Flowerbombem jest całkiem na miejscu, ale nie dajcie się zwieść - to są naprawdę inne zapachy. Moi pracownicy z perfumerii zwykli kiedyś ignorancko mawiać, że LVEB, Jimmy Choo EDP, Black Opium i Flowerbomb to w gruncie rzeczy te same słodkie pulpy, praktycznie nie do rozróżnienia. W takich momentach zwykłam psikać cztery blottery wyżej wymienionymi zapachami i kazać im trenować nosy tak długo, aż w końcu nauczą się wyłapywać różnice i powiedzieć mi, który zapach jest na blotterze. Po godzinach w końcu załapali, że tylko dlatego, że coś ma podobne nuty, nie od razu oznacza, że z automatu jest tym samym. 



Wracając jednak do samego La Vie Est Belle, a konkretniej paczuli, TEJ paczuli: moja relacja love-hate z tym składnikiem zdecydowanie przechyla się w stronę miłości w tym konkretnym przypadku, bo to jest paczula, która wyprawia na mojej skórze coś niesamowitego. Daleko jej do piwnicznego i lekko zatęchłego klimatu. Po kilku, a może nawet kilkunastu godzinach ukazuje swoje niezwykłe oblicze i zaczyna pachnieć dość...męsko. Momentami przypomina paczulę z Coco Mademoiselle, by za chwilę przypomnieć tę z Kokorico Jeana Paula Gaultiera. Wrażenie to naprawdę niezwykłe i po nocy spędzonej w towarzystwie La Vie Est Belle rano pachnę zupełnie inaczej, niż wieczorem. 

Te perfumy Lancome to z całą pewnością pozycja wyjątkowa i o wielu twarzach. Jedyną krzywdę robią mu tylko niektóre noszące go panie. Pewnym przedstawicielkom płci pięknej ciężko jest zrozumieć, że perfumy o takiej mocy należy aplikować oszczędnie. Na własne oczy widziałam kobiety spryskujące się LVEB od stóp do głów, używając przy tym średnio 15-25 pompek i sprawiając, że przeciętnemu odbiorcy robi się zwyczajnie słabo. Przedobrzenie tego zapachu jest wybitnie niefortunne, dlatego drogie panie serdecznie proszę: nie bądźcie głupie. Nawet przy użyciu dwóch pompek cieczy wszyscy będą Was w stanie wyczuć. 



Mało prawdopodobne, że w 2016 roku ktoś może jeszcze La Vie Est Belle nie znać, ale jeśli jakimś cudem taka osoba istnieje, to serdecznie polecam testy i podzielenie się wrażeniami.

Digga.

13 komentarzy:

  1. Z wszystkich słodziaków, które wymieniłaś w tym poście, toleruję tylko LVEB - to jest maksymalna dawka słodyczy dla mnie (i to nawet już przekraczająca lekko granicę wytrzymałości). Podoba mi się ten irys ciekawie oddany w tych perfumach i dlatego uważam je za oryginalne (teraz mają mnóstwo naśladowców).

    Ja jestem z tych, którzy nie ogarniają flankerów LVEB i wcale nie zamierzam nadrabiać zaległości - wersja Intense o mało mnie nie zabiła, a najnowsza Florale to jakieś nieporozumienie według mnie. Doceniam pierwowzór, a póki co sama używam So Elixir Bois Senuel (Yves Rocher), bo u mnie jawi się jako mniej słodka wersja LVEB.

    Ewelina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mimo wszystko, Ewelino, poświęcę trochę czasu na przybliżenie flankerów La Vie Est Belle, bo jest o czym pisać. Mam nadzieję, że Ci się spodoba ;)

      Usuń
  2. Znam tylko z testów i to zapach kompletnie nie dla mnie. Ta słodycz mnie mdli

    OdpowiedzUsuń
  3. Miałam trzy podejścia do LVEB, za każdym razem niestety flaszkę puszczałam w świat.
    Doceniam piękno kompozycji ale jakoś nie umiem ich nosić. Uwielbiałam za to wąchać je z flakonika, oszałamiający aromat luksusowej bombonierki w połączeniu z irysem, ach...
    No i przyznam szczerze, że jego popularność też trochę mnie odstraszała. Niestety w moim mieście gdzie się nie ruszę tam zawsze skądś zaatakuje mnie Piękne Życie...
    Podejrzewam, że za jakiś czas do nich znów wrócę, może kiedy nie będą mi się aż tak kojarzyć z centrami handlowymi ;)
    Zgadzam się także co do aplikacji - dwa psiki to absolutne maksimum w przypadku tych perfum, inaczej można zadusić siebie i otoczenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tą popularnością to fakt, tak jak zresztą pisałam. Choć ostatnio je rzadko w powietrzu wyczuwam. A może to na mnie jakoś egzotycznie pachną.

      Usuń
  4. 1 psik to mój max, serio. Sporadycznie w dodatku. Zapach słodki i uroczy, ale chyba wielu osobom wychodzi już bokiem (a niektórym wychodził od samego początku). Czuć go wszędzie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie maksymalnie trzy. Tez nie zawsze ;)

      Usuń
  5. Mam problem z tymi perfumami - podobają mi się, ale tylko na kimś (cały czas obwąchiwałam koleżankę). Gdy sama nimi pachniałam (i to dosłownie spryskana dwoma psikami), to miałam wrażenie, że jestem taka oblepiona - jakbym złapała polizanego lizaka w palce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam tak kiedyś z LVEB, ale mi przeszło. Ale fakt, to dość nieprzyjemne wrażenie.

      Usuń
  6. Ja ich chyba nie znam. Może kiedyś czułam w komunikacji publicznej, ale nigdy nie wąchałam ich celowo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A weź nadrób, może akurat chwyci ;)

      Usuń
  7. Ja ich chyba nie znam. Może kiedyś czułam w komunikacji publicznej, ale nigdy nie wąchałam ich celowo.

    OdpowiedzUsuń